|
|
wtorek, 10 czerwca 2008
Wesołego paydayu!(paydaya?)
Dziś w pracy, około południa przed kasą zaczął ustawiać się ogonek właścicieli rozradowanych twarzy. No cóż, dziesiąty. Wesołość większości tych osób ustępowała, gdy wychodziły z pokoju. Miesiąc maj miał bowiem jedynie 19 dni pracy i z tego powodu wypłata przypominała cebulę z dowcipu - odbierasz i płaczesz. Uwaga! Ewentualni Czytelnicy o słabym żołądku proszeni są o nie czytanie poniższego akapitu! Nieco później na halę weszła czerwona na twarzy brygadzistka. Z jej wykrzywionych zniesmaczeniem ust wydobyły się przepełnione uczuciem słowa, które pozwolę sobie przytoczyć (mam nadzieję, że odtworzę je w miarę wiernie) "Proszę państwa (zwracając się do pracowników, nawet w przypadku znacznego zdenerwowania, używa sformułowań typu "Kochani moi". "Proszę państwa" zwiastowało burzę) o odrobinę przystojności i nie robienie kupę na deskę sedesową". Wywołało to oczywiście wielkie poruszenie wśród pracowników (w szczególności pracowniczek, albowiem niech wiadomym będzie, że ten "wypadek" wydarzył się w toalecie damskiej). Przez najbliższą godzinę głównym tematem rozmów były przeróżne sposoby wytropienia winowajczyni (ew. winowajcy, bo któż to może wiedzieć?). Nie wiem czy chciałbym wiedzieć czyja to sprawka. Raczej nie. W tej chwili Ginger (rodzinna papuga) ujawnia swoją naturę i udowadnia, że faktycznie zasługuje na nazywania Małym Demonem Zieleni. Robi to, zrzucając z wieży figurki aniołków i krzyżyki. Heretyczka jedna.
piątek, 06 czerwca 2008
Z rejestru nie popełnionych błędów
Nie dotykałem ostrza włączonego blendera, nie spacerowałem po poręczy schodów, nie włożyłem sobie widelca w oko, nie piłem niedojrzałego wina, nie waliłem głową w żadną ze ścian ani murów, nie śpiewałem publicznie poza salą muzyki (koszmar), nie założyłem lewego buta na prawą nogę (i na odwrót), nie połykałem gumy do żucia, nie wyrywałem komarom skrzydełek (są bardziej humanitarne metody: pacnięcie choćby). Po co ja piszę te bzdury... Czasem naprawdę, naprawdę się cieszę że nikt tego nie czyta. "There's so many of us, A Perfect Circle, "Let's Have A War".
sobota, 17 maja 2008
Dziwni jesteśmy, faktycznie. Może nie wszyscy, ale jednak...
A więc znów podłączyłem się do sieci w celu dokonania transferu wyselekcjonowanych danych z mojej głowy do bloga. I bardzo dobrze, bo tam będą zdecydowanie bezpieczniejsze. Niemniej, przyznac muszę, że gdy przeglądałem wcześniejsze wpisy, naszła mnie chęc by usunąc ten ostatni. Właściwie sam nie wiem dlaczego. Czyżbym chciał zapomniec? Możliwe. Mimo że nawet nie odczuwam już smutku z powodu zakończenia tego związku. Ostatecznie doświadczenia które nas nie zabijają, wzmacniają nas a ja, wedle mojej najlepszej wiedzy, jeszcze dycham. Dycham i raduję się swoim prostym życiem człowieka pierwotnego! Na uszach słuchawki bombardujące mnie etniczno-elektroniczną muzyką Deep Forest, oczy wlepione w monitor w którym jeszcze przed chwilą wyświetlał się pewien niesamowity, psychodeliczny filmik (o którym jeszcze pewnie wspomnę w tym wpisie) i mózg wypełniony nadzieją. A od mojej ostatniej wizyty na swoim blogu całkiem duża ilośc rzeczy w moim życiu się zmieniła: => Wegetarianizm poszedł się paść. I to nie trawą, tudzież innym zielskiem, ale mięsem Bogu ducha winnych zwierzątek. Nawet nie mam co się tłumaczyć. Może po części była to presja otoczenia, albo strach przed jakąś anemią? Nieistotne. Może jeszcze do tego wrócę. Tzn. do wegetarianizmu. => Zmieniłem pracę. Na bardziej dochodową. Bardziej męczącą. Mocno obciążającą stawy palców. Stojącą. W hałasie. No, no, kolejna zmiana na lepsze! Ale właściwie to ironia w tym wypadku jest zupełnie niepotrzebna, bo przynajmniej praca jest pewna, stała i nieźle sobie w niej radzę. Zresztą powiedzmy to sobie szczerze: Co może być bardziej pasjonującego, fascynującego i ekscytującego niż montaż wiązek samochodowych? Pierwsze co mi przychodzi do głowy to obieranie ziemniaków. => Zdałem sobie sprawę z tego że zdecydowana większość zmian w moim życiu nie nadaje się do publikowania w blogu, do którego adres dostali moi znajomi. Cytat tygodnia: "Chcesz wylizać pałkę?" - autorstwo: moja mama. Pytanie dotyczyło oczywiście narzędzia służącego do ucierania masy na sernik. Film natomiast to "We Are The Strange", dostępny na YouTube. Trzeba zobaczyć, nawet jeżeli nie wytrzyma się do końca. Nawet jeśli fabuła jest prosta. Jeżeli zniechęci Cię pierwsze dzisieć minut, to może jednak warto zacisnąć zęby, bo potem się rozkręca. A tak na marginesie, mam wrażenie że co nieco autor zaczerpnął z Hellsinga. W każdym razie uwielbiam takie niestandardowe projekty. W końcu od "Jak Działa Jamniczek" też nie mogłem oczu oderwać. A oto link (mam nadzieję, że będzie działać): http://pl.youtube.com/watch?v=oG37d7HjLHE&feature=dir Koniec na dzisiaj, bo spanie przy komputerze na krześle które nie ma oparcia byłoby dosyć niewygodne.
piątek, 23 listopada 2007
Aż się z tego szczęścia rozdymam
No, ale przecież nie będę pisał o tej Osobie która mi to szczęście dostarcza w odmierzonych z aptekarską precyzją spotkaniach, rozmowach, dotykach, pocałunkach i takich tam. Nie będę bo nie. Bo by się zbyt przyjemnie zrobiło, a kto lubi czytać o tym jak komuś jest dobrze? Lepiej niż na przykład jemu samemu? Ha, nie będę psuł nikomu humoru. Zresztą i tak już za późno, bo już o moich przyjemnościach napisałem. Ale nie posuwajmy się zbyt daleko, od teraz gęba na kłódkę! Siedzę więc sobie przed monitorem, koncentruję wzrok na tej migającej kresce, słucham Vive La Fete (Noir Desire. Ech, te hipnotyzujące wrzaski), popijam herbatkę z kawałkami imbiru (Ochrzczonymi przez mamę plemnikami które nadymały się podczas gotowania, co jak mam nadzieję nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zresztą herbata i tak jest dobra. Bardzo, bardzo.). Niespecjalnie chce mi się zresztą pisać, więc kończę. Pora zapalić w piecu, umyć głowę i obmyślić treść SMSa (zgadnijcie do kogo?). A potem spać, bo już od jakiegoś czasu chodzę spać zbyt późno i nie mogę wstać rano do roboty. Acha, Marta to jednak nie Marta, tylko Magda, żona Piotrka, brata szefa. Wszystko przez ten mój połowiczny słuch. Dobrze że nie zwróciłem się do niej imieniem, bo byłoby niezręcznie. A mój blog coraz bardziej odchodzi w odstawkę. Nie mam na niego po prostu czasu. I tyle. Dobranoc.
środa, 24 października 2007
Prawie jak awans.
O 6.30 pobudka, potem mycie głowy, śniadanie i mycie zębów. O wpół do ósmej do roboty, a tam znów wkładanie cewek. Ale niedługo, bowiem zdążyliśmy zrobić tylko kilka płytek, kiedy zabrakło materiału. Więc dostałem do roboty coś zupełnie nowego, czyli wlutowywanie płytek do obudów. Tylko, że wciąż niespecjalnie wiem od czego są te obudowy. W końcu na początku szef powiedział że powiniennem to wiedzieć. Aż głupio się zapytać... W każdym razie, mniej więcej na godzinę przed końcem pracy, gdy poszedłem do biura (które jest notabene świątynią lutowania i pracy przy analizatorze widma) po materiał, Marta (O ile dobrze usłyszałem jej imię. Wiecznie uśmiechnięta dziewczyna o twarzy cherubina, wprost emanująca przyjacielskim podejściem do ludzi.) spytała czy nie chciałbym lutować cewek do płytek. Oczywiście że tak, wiedziałem że chcę odkąd usłyszałem Within Temptation w biurze, muzykę diametralnie inną od tej którą raczą nas dziewczyny na górze (albowiem, niech wiadomym będzie, że stanowisko mojej pracy ulokowane jest na piętrze). Początek nie poszedł najlepiej - gdy przygotowywałem się do zlutowania kolejnej płytki, źle zatrzasnęłem jeden zaczep i wszystkie cewki radośnie wyskoczyły, zanim zdążyłem choćby maźnąć je cyną. Tak więc wychodząc z pracy zostawiłem szefa z bojowym zadaniem wtykania cewek. Można powiedzieć, że popsułem wszystko i sobie poszedłem. Po siedmiu godzinach roboty, przyszedł czas na dwudziestoparo minutowy spacerek do domu, na obiad. A gdzie tam, drogi czytelniku, naprawdę w to uwierzyłeś? Oczywiście, najpierw musiałem pójść do szkoły, w której planowo zostałbym do godziny dwudziestej, ale tym razem jakaś tajemnicza, losowa sprawa skróciła lekcje o dwie godziny. A po drodze oczywiście spoglądałem sobie na efekty naszej pięknej, złotej, Polskiej Jesieni. Polska Jesień to między innymi kolorowe liście które spadły z drzew i zalegają na chodnikach. Mocząc się w kałużach. Jednym z rzeczonych efektów był rowerzysta z tyłem kurtki zabarwionym na kolor błotniście szary (powodem był zbyt krótki jak na naszą cudną pogodę błotnik w tylnym kole i potwornie złośliwa paroboliczna trajektoria lotu zawartości kałuż). No i tyle z tego czym chciałem się podzielić. A jeżeli chodzi o pisanie notek czytelnych i przyjemnych do lektury, to już dawno zrezygnowałem z takich prób. Żegnaj stylistyko, jednym słowem.
piątek, 19 października 2007
2880 cewek. Trochę mało...
No i jakoś zeszło.Bez kalafonii. Bez cyny. Bez lutownicy. Za to z mnóstwem cewek, które trzeba było wtykać w płytki drukowane i z ośmioma godzinami identycznych ruchów ręką połączonych z siedzeniem na krześle. Ale jest to znośne. Znośne jest nawet ośmiogodzinne słuchanie radia które moglibyśmy nazwać RMF Marks, posiadam bowiem bezdenną cierpliwość pozwalającą słuchać pięciokrotnie jeden i ten sam, pełen łupnięć i cupnięć hmmmm... utwór? Piosenkę? Wytwór muzyczny jakiegoś psychopatycznego sadysty w białym kitlu? No, ale nie narzekajmy, w końcu pracę mam, radę dam i takie tam. Szara monotonia dnia codziennego może zostać zwalczona i zwalczona zostanie niedzielną sesją DnD z mniej więcej trzema innymi osobami. Jutro natomiast dostanę lutownicę i prawdopodobnie będzie pusto bo sobota, więc przynajmniej posłucham sobie czego dusza zapragnie. A w lodówce tylko mięso. Będę głodować do wypłaty, kiedy to kupię sobie tą wymarzoną wielgachną białą rzodkiewkę, kilka dużych, twardych pomidorów, brokuły i ser pleśniowy żeby zrobić wypaśny obiadek na który już od dawna mam ochotę? Do tego czasu zostaje mi suchy chleb? Właśnie się dowiedziałem że w niedzielę nie będzie sesji. Trzeba się bowiem wybrać na urodziny dziadka. Jakoś przełknę tą pigułę. Żegnaj biedny mój blogu, zapełniany ostatnio coraz mniej ambitnymi tekstami, a właściwie tekstami absolutnie tej ambicji pozbawionymi, monotonnymi niczym gorący, upalny dzień (najgorsza możliwa pogoda) i do tego, że tak prosto z mostu powiem, nudnymi. Traktuję Cię ostatnio okropnie, tym bardziej że podobno Ktoś na niego zagląda. A przynajmniej kiedyś zaglądał. Na szczęścię - że tak powiem - olałem Cię, blogu i wbiłem nóż w twe cyfrowe serce, po to tylko żeby lepiej się poczuć nieco uzewnętrzniając zawartość swojego pokrętnego umysłu. Dobranoc i do następnego wpisu. Acha, jeżeli Ktoś czyta to teraz, to bardzo proszę o nie robienie mi analizy psychologicznej. Lubie prywatność. -------------------------------------------------------- Drobna korekta. Kasujemy teksty bublowate.
czwartek, 18 października 2007
Życie po prostu, co tu dużo mówić...
Gdybyście zobaczyli mnie dziś na ulicy, pomylilibyście mnie zapewne z jakąś personifikacją stresu. Teraz odreagowuje sobie wprawdzie na klawiaturze, ale przed chwilą biegałem po mieszkaniu co chwila zacierając lub wyłamując ręce (w zależności od chwilowego zapotrzebowania), co jakiś czas przystając i robiąc wdechy. Powód jest prosty: Jutro pierwszy ( i być może nie ostatni) dzień w nowej robocie. Zostane sprawdzony pod kątem mojej przydatności i umiejętności. Sprawa niby zabójczo prosta - lutowanie, ale kiedy ja to ostatnio robiłem? Nie, żeby nie było okazji, bo tych było wręcz pełno, ale żeby jeszcze mi się wtedy chciało... Do tego byćmożliwy pracodawca stwierdził, że po mojej szkole powiniennem się po pierwszym zerknięciu zorientować się co produkuje. Nie zorientowałem się ani po pierwszym zerknięciu, ani po próbie znalezienia firmy w internecie. Holender, zęby mi szczękają. Chyba sobie zrobie herbatkę z melisy, bo nic tak nie leczy [nadmiernego stresu] jak zioła... O Holender, co to będzie, co to będzie... Właściwie, to powiniennem teraz sprzątać dom na przyjazd ciotki oraz kuzyna z kuzynką z Holandii. No dobra, teraz kiedy się nieco wywnętrzyłem chyba będzie trochę lepiej. A jeżeli ta melisa zadziała, to chyba jako psychologicznie strategiczne placebo, bo na moje stresy nigdy nie była szczególnie efektywna. A dzisiaj ojciec, do niedawna kolaborujący sobie spokojnie, przystawił mi do nosa kawał boczku i powiedział, co pozwolę sobie zacytować: "Cudowny zapach, nie?". Otóż zapach ów podziałał na mnie niczym zapach parmezanu, który od zawsze kojarzył mi się z tzw. pawiem i nie mam tu na myśli gatunku ptaka. Jeśli więc kolaborant - podwójny agent miał nadzieje na złamanie moich morali, to grubo się przeliczył, oj grubo! Dobra, biorę się do sprzątania. --------------------------------------------------------------------------- Po dokładnym wycmoktaniu torebki z herbaty faktycznie zostałem wyluzowany. Dzięki ci Panie za Melisę!
środa, 17 października 2007
Konflikt rodzinny w sferach kuchennych
Dawno nie pisałem, więc wypadałoby choćby wspomnieć o którejś z tych chwil - przyjemnych aczkolwiek rzadkich. A jedna z nich zdarzyła się w tegotygodniową niedzielę i właśnie skręca się w moim umyśle, by za chwilę zostać przytoczona w blogu: Działo się to z rana. Zrobiłem rodzince kanapki pokryte masłem, pomidorem, ogórkiem konserwowym, a także innymi rodzajami zieleniny oraz serem żółtym. Oszczędnie, jak na mnie przystało. Zdaje się że poczuli się rozpieszczeni, z jednym może wyjątkiem, którym była mama. Mama kręciła nosem, a powód tego tych obrotów był absolutnie jednoznaczny i mierzył w moje ideowe ideały, na kanapkach brakowało bowiem mięsa (Wiedzcie bowiem, że Jaskiniowiec przeszedł niedawno na wyższy stopień ewolucji na który wyniosły go: moralność, etyka, ogólnoświatowa ekonomia, oraz zainteresowanie przyszłościowym spojrzeniem na zdrowie własne. Stopień ów nazywa się wegetarianizm, albowiem mięso porzuciłem w prawie wszystkich jego aspektach - pozostało mi tylko mięso ryb którym niechętnie aczkolwiek niestety naprawdę szprycuje się w celu utrzymania swego organizmu w tzw. równowadze.). Mięso w odmianie zwanej szynką, a będącej napakowanym jakimiś chemikaliami zadkiem prosiaka, zajmowało wprawdzie (W mojej ocenie zupełnie niepotrzebnie) lodówkę, niemniej przecież jeśli już wybrałem taki sposób na stawanie się lepszą osobą, to chyba nie powiniennem utrudniać reszcie rodziny podjęcia podobnej decyzji dając im kawałek świńskich zwłok na talerzu, prawda? A oto krótka wymiana zdań, która miała miejsce podczas spożywania: Mama: Mmm... Jak dawno nie widziałam cebulki na kanapce... Ale następnym razem może po prostu posmarujesz chleb masłem i położysz na talerzu pomidory, co? Ojciec: Nie wierz im! Jeśli tak zrobisz, to przyniosą z lodówki szynkę i sobie nałożą! Mama: Cicho, kolaborancie! Tak więc w rodzinie nastąpił bardzo chwilowy rozłam na lini wspierający wegetarian - niewspierający wegetarian. Chwilowy, bo czym innym jest wspieranie wegetarianizmu, a czym innym wegetarianizm. To pierwsze skończy się po pierwszym większym apetycie na kabanosa.
piątek, 21 września 2007
Ambrozja powszednia
Tak naprawdę, to nie mam o czym pisać, tak tylko się melduję, żeby uświadomić samego siebie (bo czytanie go przez inne osoby to rzecz niezbyt często spotykana), że jeszcze z niego nie zrezygnowałem. Wypadałoby napisać cokolwiek, co nie płynie z serca, a poczucia konieczności, co niestety w tym blogu zdarza się często. Dobrze więc, będzie o czymś krańcowo banalnym. Na przykład o tym, jak zacząłem się delektować kanapkami z serkiem topionym. Otóż, na początku była niemal pusta lodówka. Po przesunięciu kapusty, okazało się, że jest tam jednak coś do kanapki. Tym czymś był właśnie wspomniany serek. Nie od pierwszej kromki poznałem prawdziwą przyjemność konsumpcji tej ambrozji, wywołany lekkim zgłodnieniem pośpiech uniemożliwił mi to. Jednak gdy w końcu trafiłem na pewien dosyć grubo posmarowany plaster chleba, jakimś przypadkiem udało mi się. A oto przepis jak się tą niezwykłą potrawą delektować: Włożyć do ust grubo posmarowany serkiem kawałek kanapki (koniecznie musi to być kawałek bez skórki - ona też jest dobra, ale należy ją spożyć w inny sposób, o którym napiszę być może w przyszłości). Odgryźć szybkim zamachem żuchwy (uwaga na język!). W ustach odciąć zębami spodnią część kromki, ubić językiem aż do uzyskania konsystencji plasteliny. Otrzymaną w ten sposób masę chlebową można umieścić z boku policzka, za zębami. Pozostałą część kanapki należy powoli cmoktać (nie za mocno). Czujesz jak delikatny smak chleba łączy się z ostrym smakiem serka? Mmmm... Tak właśnie wygląda niebo, jeżeli istnieje. Następnie masę chlebową należy wycmoktać tak jak serek. Smacznego! ------------------------------------------------- Tak sobie teraz patrzę i dochodzi do mnie, że wpis jest obrzydliwy. Ale i tak go nie usunę, a co!
sobota, 08 września 2007
Kampania opozycji i rzut oczkiem na odległość.
Sen miałem wielowątkowy i dosyć wyraźny, jednak niezbyt długo byłem w nim świadomy, a raz nawet tą świadomość straciłem (tradycja - śni mi się że się budzę, a ojciec dosyć głośno informuje mnie, że jest 12:00 wobec czego jestem mocno opóźniony w swoich obowiązkach. Sen jest realny, więc nawet przez głowę mi nie przejdzie, że w rzeczywistości ciągle leżę sobie w łóżku. Nie ma czasu na testy rzeczywistości, trzeba zabrać się do roboty. Świadomość utracona.). Jedyna ciekawa (chociaż dosyć nieprzyjemna) senna przygoda jaka mnie spotkała miała miejsce pod sam koniec. Śniło mi się, że oglądam telewizję, jakiś opozycyjny polityk opowiada o swojej wizycie w dziwacznym hipermarkecie, w którym istniała możliwość zakupienia rzeczy tak niezwykle przydatnych jak zardzewiałe haki, powyginane spinacze, zużyte gumy do żucia i proszek do psucia pralek. Polityk z ciężkim sercem wyznał, że z pewnych źródeł zdobył kasetę z nagraniem przedstawiającym fakt używania przez czołowego przedstawiciela PiS-u owego proszku. Kasetę ujawniono. Obraz w telewizji przedstawiał teraz jednego z braci Kaczyńskich, w łazience. Dosypywał do swojej własnej, wypasionej pralki ów tajemniczy proszek.Wokół niego stosy brudów. Przeszło mi przez głowę: "Jezu! Co za kretyństwo. Kto w to uwierzy? Płacą za kampanię grube pieniądze, a czas antenowy zapychają takimi wyssanymi z palca zarzutami". Następnie zauważyłem, że Kaczyński istotnie wygląda jakby został nieudolnie wycięty z innego filmu - zdawało się to faktycznie niesamowicie sztuczne i nierealistyczne. Następna migawka pokazywała hotelowy pokój, podobno zaraz po tym, jak nasz premier go opuścił. Centralną część pokoju stanowiło wielkie łóżko z baldachimem, z którego to łóżka właśnie zwlekała się skąpo ubrana lecz mocno umalowana (wręcz zaimpregnowana) kobieta. W pokoju leżały stosy butelek po alkocholu, a ja niemal zacząłem się śmiać - co jak co, ale oskarżenie tego człowieka o pijaństwo i rozwiązłość byłoby chyba naprawdę objawem choroby psychicznej. Bzdurne zarzuty sprawiły że zorientowałem się że śpię i świadomość wróciła. Działo się na tyle ciekawie, że starałem się nie ingerować i tylko z lekka utrzymywać świadomość. Następna rzeczą w telewizji był jakiś thriller. Kobieta-bohaterka została zaatakowana przez delikwenta, z którym umówiła się w internecie. Twierdziła że wydawał się taki inteligentny, uczuciowy, oczytany i tak mu z oczu patrzyło, że się zakochała. Teraz próbowała go wyrzucić z pamięci. Była noc. Kobieta wyszła na balkon, trzymając w ręku szmacianą laleczkę z porcelanową, bezoką twarzą wyobrażającą facjatę czarnego charakteru. Naprzeciwko balkonu wznosił szary mrówkowiec. Ulica która rozdzielała mrówkowiec i blok w którym mieszkała kobieta, była tak wąska, że ledwo przejechałby przez nią rower. Kobieta spoglądała na upiorną laleczkę i w końcu zdecydowała - wyrzuciła małego potworka za barierkę. Wtedy zorientowałem się, że sprawa przestała być filmem, a ja unosiłem się w powietrzu jako niezauważalny obserwator. Rozejrzałem się wokół i zauważyłem że przez jedno z okien mrówkowca wychyla się mała dziewczynka w białej koszulce nocnej. Podniosła głowę chcąc spojrzeć w gwiazdy i niemal w tym samym momencie, jakby od niechcenia wyciągnęła rękę w której trzymała porcelanową maskę i założyła ją. Maska przypominała twarz internetowego bandyty, więc wykorzystałem swoją świadomość, by zmusić ją do odrzucenia tego nieprzyjemnego rekwizytu. Udało się, ale dziewczynka miała zamknięte oczy, a jej zaciśnięte powieki były wklęsłe, jakby nie było pod nimi gałek ocznych (zapewne wyrzuciła je razem z maską :P). Oczywiście, prosta sprawa - nic strasznego, ani nic w czym nie mielibyśmy praktyki. Przywracanie utraconych kawałków ciała w świadomym śnie to rutyna. Skupiłem wzrok nieco nad "pacjentką" i nabrałem pewności, że kiedy spojrzę na jej twarz, zobaczę normalne, otwarte oczy. Niestety, moja siła woli najwyraźniej nie wystarczyła - dziewczynka miała ręce podniesione do oczu, ułożone na podobieństwo okularów (palec wskazujący i kciuk tworzą oprawki, natomiast reszta palców wyprostowana w wachlarzyk), choć mimo wszystko oczy wyglądały normalnie. Po chwili w której byłem zbyt zdezorientowany by w jakikolwiek sposób zadziałać, dziewczynka wpadła w jakiś dziwaczny trans - kiwała się w tył i w przód, w lewo i w prawo, a wachlarzyk z palców to rozprostowywał się, to się zginał (właśnie to nastraszyło mnie najbardziej). Wyglądało to jak jakiś chocholi taniec, nienaturalnie i mechanicznie. Po chwili odsłoniła ręce i ukazały się wreszcie te nieszczęsne oczy, z gigantycznymi źrenicami i niemal bez tęczówek. Rzuciła się z okna, skacząc na balkon Kobiety-bohaterki, a konkretnie właśnie na tą kobietę. W locie zaszła w niej dziwaczna przemiana - jej korpus i kończyny zmniejszyły się, nogi zupełnie zniknęły, a zamiast długich włosów na jej czaszce pojawiły się odblaski latarnii i księżyca. Mutant ku mojemu przerażeniu objął szyję kobiety i zdawał się odgryzać jej twarz. Chciałem zainterweniować, więc w moich rękach pojawiła się zdobiona (aczkolwiek, rzecz jasna prosta i elegancka :P) kosa, moja ulubiona broń zarówno w świadomym śnie jak i we wszelkich grach RPG. Niemniej niespecjalnie miałem jak użyć broni - Kobieta wyrywała się i szamotała, więc gdybym zdecydował się na atak, mógłbym ją przypadkiem trafić, a jakby tego było mało, w końcu ten pożeracz twarzy był kiedyś zupełnie niewinną dziewczynką. W końcu, utwierdzony w bezsilności, zamknąłem oczy, by zmienić scenerię. Zamiast tego obudziłem się, przerażony. Już kiedyś, podczas praktykowania świadomego snu zdarzały mi się powtarzalne koszmary, ale po opracowaniu (na jawie oczywiście) systemu który zapewne pomógłby mi poradzić sobie z wytworzonymi przez moją podświadomość stworami (nic niestandardowego, ostra kosa i troszynkę agresjii :P) koszmary, jakby wiedziały że nie mają ze mną szans, nie powróciły. Teraz muszę wymyślić inną strategię, bo atakowanie kogoś innego niż ja nieco zbiło mnie z tropu. |